wtorek, 28 kwietnia 2015

Rozdział 6 (Dzień 158)

            Zapięłam pod szyję kurtkę Elizabeth i pogłaskałam dziewczynkę po głowie. Patrzyła na mniejsze sennym wzrokiem, bo ktoś, czyli Shane, zadecydował, że wyjeżdżamy o szóstej rano. W sumie zgadzam się z jego decyzją, bo dzięki temu przejedziemy jak najwięcej, mając dużą widoczność. 
            - Chodź Eli. Położysz się spać w samochodzie - mruknęłam do siostry, ciągnąc ją za dłoń - Ashton z Luke'iem opowiedzą ci bajkę. 
            Elizabeth nie chętnie dała poprowadzić się do samochodu. Wczoraj wyraziła głośno swój sprzeciw, rozwalając wszystkie zapakowane rzeczy. Nie chce wyjeżdżać, tak samo jak ja, ale ja to ukrywam. Nie wiem, co czeka nas po drodze, ale wiem, że nie obejdzie się bez problemów, których konsekwencji się boję. Nie chcę, żeby komukolwiek coś się stało. 
            Podniosłam dziewczynkę i wsadziłam ją do samochodu. Od razu ułożyła się na stercie materacy i przykryła jednym z koców. Usiadłam na podłodze samochodu, wpatrując się w drzwi wejściowe, oczekując aż z domu wyjdą chłopaki. 
            - Jessabell - Shane wyszedł na zewnątrz i potrząsł czymś w powietrzu. 
Powoli podeszłam do niego, a on wcisnął mi do ręki klucze. 
            Z domu wybiegli chłopcy, którzy o coś się kłócili i próbowali nawzajem się przewrócić, ale nawet nie zwróciłam na nich uwagi. 
            - Czyń honory - powiedział mój brat, ogarniając wzrokiem cały budynek. 
            - To dobry pomysł żebyśmy jechali? - zapytałam szeptem. 
            - To twój pomysł i bardzo dobrze wiesz, że moim zdaniem każdy twój pomysł jest kiepski – rzucił, chcąc rozładować atmosferę, choć usłyszałam w jego głosie melancholie. 
            Pomimo, że nienawidził Mansonów to kochał to miejsce, bo dzielił je ze mną i dzięki niemu mogliśmy mieć normalne życie. 
            - Przypominam ci, że ty się ze mną zgodziłeś – prychnęłam, zamykając drzwi i wkładając klucz do zamka. 
            - To było parę dni temu i wtedy byłem jeszcze idiotą - powiedział obojętnie. 
            - Nadal nim jesteś. 
            Przekręciłam klucz i usłyszałam szczęk. Właśnie zamknęłam kolejny rozdział w naszym życiu. Popatrzyłam po sobie z Shane'em. Po chwili staliśmy przytuleni do siebie, szukając w sobie oparcia. Ten dom nie był naszym od początku, ale był lepszy od sierocińca. Teraz zostawiamy za sobą wiele lat spędzonych w nim i wyjeżdżamy. 
            Odsunęłam się od brata i już chciałam się zamachnąć, aby pozbyć się kluczy, lecz on mnie powstrzymał. Wziął pęk ode mnie i schował go do kieszeni. 
            - Jak byśmy chcieli kiedyś tu wrócić - mruknął i ruszył w stronę samochodu. 
            Ostatni raz dotknęłam odrapanego drewna drzwi i odwróciłam się plecami do domu. Miałam nadzieję, że wyglądam chęć trochę tak pewnie jakbym chciała się czuć. 
            Wsiadłam do samochodu i zatrzasnęłam za sobą podwójne drzwi. Podobało mi się wnętrze. Chłopaki usunęli ściankę oddzielającą przód od tyłu i zastąpili ją małą kanapą z piwnicy. Podłogę wyłożyli materacami tak, że spokojnie wszyscy moglibyśmy tutaj spać. Skrzynki i torby poustawiali pod ścianami w taki sposób, aby nic nas nie zgniotło ani spadło podczas drogi. Udało im się nawet podłączyć przedłużać, dzięki czemu mogliśmy podłączyć mini lodówkę na produkty potrzebujące chłodu. Nie wiem jak to zrobili, bo nie znam się na elektryce, ale pełen szacunek dla nich za to i też za to jak udało im się przerobić opancerzony wóz policyjny w całkiem wygodny domek. Nie poczułam nawet, gdy samochód ruszył z podjazdu.
            Spojrzałam na kanapę, która została już zajęta przez Luke'a i Caluma. Opadłam na miejsce pomiędzy nimi. Popatrzyłam na Elizabeth, która leżała zwinięta w kłębek na środku materacy. Ona jest taka nieświadoma tego, co nas czeka. 
            Oparłam się o ramię Luke'a. Poczułam jak obejmuje mnie w pasie i splata swoje palce z moimi. 
            - Prześpij się trochę – szepnął, całując mnie w policzek. 
Uśmiechnęłam się lekko. Przymknęłam powieki obserwując zaskoczonego Caluma. 

XXX 

            - Obudź ją. 
            - Niech śpi. Nie możesz sam zadecydować? 
            - Przestańcie się kłócić. Sam to załatwię. 
Strzępy rozmowy docierały do mojego zaspanego mózgu. Zostałam zepchnięta z kanapy na materac. Calum zaśmiał się cicho zadowolony z tego, co zrobił. 
            - Jess, mamy problem – powiedział, pomagając mi wstać. 
Wystarczyło spojrzeć przez przednią szybę na drogę, aby wiedzieć o, co mu chodzi. Wszędzie było pełno zombie. Nie zauważyły nas, bo jeszcze nie rzuciły się na samochód. 
            - Shane chce się rozpędzić i w nie wjechać - jęknął Ashton niezadowolony z postanowienia mojego brata - Powinniśmy wybrać inną drogę. 
            - Niech to zrobi – mruknęłam, przecierając oczy. 
Ash wytrzeszczył oczy i spoglądał to na mnie, to na Shane'a, który zaczął już wycofywać. 
            - Spokojnie - rzuciłam - Nic się nie stanie. On już to robił. 
Moje słowa chyba nie podziałały na chłopaka, bo dalej wpatrywał się przestraszonym wzrokiem na drogę. 
            - Was wszystkich chyba do końca popierzyło - warknął i schował się głębiej w fotelu pasażera. 
Kucnęłam koło nadal śpiącej Elizabeth, aby móc w każdej chwili ją przytrzymać. Samochód ruszył z ogromną prędkością. Przewróciłam się na bok, ale nadal byłam gotowa łapać siostrę, gdyby zaczęła latać po całym tyle. Usłyszałam pierwszy huk, który oznaczał zderzenie z pierwszym martwym, a tuż zaraz następne. Wóz był na tyle wytrzymały, że napewno poradzi sobie z całą zgrają zombie. Samochód podskakiwał, przejeżdżając po kolejnych ciałach. 
            - Jess, co się dzieje? 
Cichy głos mojej siostry wydobył się spod jego z kocy. Chciała się podnieść i spojrzeć na przód samochodu, ale ją powstrzymałam. 
            - Leż, dopóki nie będzie po wszystkim - powiedziałam, a dziewczynka pokiwałam głową chowając się bardziej pod kocykiem. 
Wszystko ucichło i samochód zaczął jechać spokojnie dalej. Spojrzałam na przednią szybę. Była cała we krwi i kawałkach skóry. 
            - Shane zmyj to - warknęłam na brata. 
Posłusznie zaczął pstrykać coś przy kierownicy, ale nic się nie działo. 
            - Wycieraczki nie działają - westchnął - Nic nie widzę przez to czerwone gówno. 
            - Zatrzymaj się - powiedziałam. 
Byłam gotowa wysiąść i własnoręcznie wyczyścić całą posokę byleby Elizabeth tego nie widziała. Chwyciłam dwie butelkę wody i już miałam wysiąść, ale dłoń Luke mnie powstrzymała. 
            - One tam są – szepnął, patrząc mi w oczy.
Wzruszyłam ramionami i uchyliłam lekko drzwi. Nie boję się zombie w żadnym stopniu. Wyskoczyłam z samochodu i szybkim krokiem przeszłam na przód. Polałam wodą szyby i patrząc jak czerwień znika, zaczęłam się wycofywać. Usłyszałam jęki. Rozejrzałam się dookoła i zobaczyłam jak cztery zombie zmierzają w moją stronę. Nie wzięłam broni, więc byłam na straconej pozycji. Martwi przyspieszyli, widząc coś, co się porusza. Podeszłam do przednich drzwi i zapukałam w nie nagląco. Shane wyjrzał przez okno i idiota jedynie machnął dłonią, żebym wsiadała. Uderzyłam ponownie, a mój brat spojrzał na otoczenie. Jego źrenice zwęziły się na widok zombie, które były kilka kroków za mną. Pośpiesznie cofnęłam się do tyłu, nie pozwalając, aby martwi zbliżyli się do mnie. Jęki stawały się coraz głośniejsze. Obejrzałam się za siebie i zobaczyłam kolejne zombie, wychodzące z drugiej strony samochodu. Zarażenia w małych grupach są głupi, ale w większych stają się jak zwierzęta stadne. Umieją zrobić zasadzkę, której się nie spodziewasz i w nią wpadasz. Bo cholera, kto normalny się spodziewa po zombie, które myślą tylko o gryzieniu, zarażaniu i jedzeniu, że nagle otoczą ciebie i zaatakują, a w dodatku w stresujących sytuacjach? 
            Zaczęłam oddalać się od samochodu w stronę otwartej drogi. Odgłosy głodnych martwych były jeszcze głośniejsze, co mogło oznaczać, że koledzy zwołali swoich znajomych na śniadanie. Drzwi po obydwóch stronach samochodu otworzyły się gwałtownie i ze środka wyskoczył mój brat w towarzystwie Caluma i Ashtona. Zaczęli strzelać, a martwi padali jeden za drugim. Gdybym nie była w tak beznadziejnej sytuacji to pochwaliłabym zdolności strzeleckie moich uczniów. 
            - Jessabell, łap! - krzyknął Shane, rzucając do mnie pistolet. 
            Ta sekunda nieuwagi zadecydowała o jego życiu. Miałam wrażenie, że wszystko zwolniło, abym mogła zobaczyć chwilę śmierci mojego brata. Jedynej osoby, która trzymała mnie na tym świecie. Zombie najbliżej Shane'a wgryzł mu się w ramię. Chłopak krzyknął głośno i od razu strzelił w głowę martwemu. Za późno. Już po wszystkim. Shane został zarażony.
            Zaczęłam wybijać każdego zarażonego, który stanął mi na drodze do brata. Strzelałam bez opamiętania i pomimo łez, które przysłaniały mi widok, nie pudłowałam. Czułam rozdzierający mnie gniew. Brnęłam w stronę Shane'a, ciągle zmniejszając liczbę zombie. 
            - Jess, opanuj się! 
Krzyk Ashtona i jego dłonie na moich ramionach wyrwały mnie z amoku. Martwych już nie było, a ja nadal strzelałam. Podbiegłam do brata i rzuciłam mu się na szyję, nie powstrzymując płaczu. 
            - Shane, przepraszam, to moja wina. 
            Na samym początku epidemii razem z bratem odstawialiśmy, kto pierwszy zginie. Obydwoje stwierdziliśmy, że on, bo jego głupota i porywisty charakter do tego doprowadzi, ale to były tylko żart. 
            - Wsiądźmy do tego cholernego samochód i jedzmy - mruknął i zaczął iść w stronę tylnego wejścia. 
            - Będę prowadzić - poinformował mnie Ash, na co pokiwałam głową i szybko pobiegłam za bratem. 
Zamknęłam za nami drzwi i złapałam apteczkę. 
            - Nie krwawi tak bardzo - mruknął Shane, odpychając mnie lekko. 
            - Zamknij się - warknęłam. 
Byłam wdzięczna Michaelowi i Luke'owi za to, że zajęli się Elizabeth i nie pozwolili jej tutaj spojrzeć pomimo, że próbowała sprawdzić, co się dzieje. 
            Obficie polałam ranę brata wodą utlenioną, nie zwracając uwagi na jego syki, a następnie opatrzyłam. Odstawiłam walizkę na bok i spojrzałam smutno na Shane'a. 
            - Nie patrz tak na mnie - powiedział - Ciągle do mnie mierz i sprawdzaj czy żyję. Jasne? 
Pokiwałam niechętnie głową, chociaż wiedziałam, że tak trzeba. Czułam się strasznie z myślą, że prawdopodobnie będę musiała zastrzelić własnego brata. To mnie zniszczy. Nie będę potrafiła funkcjonować w świecie, w którym zabraknie miłości Shane okazywanej groźbami. Ta odczuwalna bezsilność, gdy patrzę na brata, załamuje mnie. Wiem, że nic nie mogę robić i to mnie dobija.
            - Widzisz mieliśmy rację, że to ja pierwszy zginę. 
            - Tak, ale nie mówmy o tym - szepnęłam biorąc w dłoń pistolet.
______________________________________________________________________

I tak właśnie w deszczową pogodę jaką właśnie mam u siebie, po dwóch tygodniach, dodaję rozdział, który łamie mi serce.
Shane, kocham cię... Dlaczego ja ci to zrobiłam?

Dziękuję za pierwszy tysiąc wyświetleń i każdy komentarz jaki pojawił się na tym blogu! 

wtorek, 14 kwietnia 2015

Rozdział 5 (Dzień 156)

            Od samego rana, zamiast pakować wszystkie potrzebne rzeczy, leżeliśmy na kocach, grzejąc się w wiosennym słońcu. Pogoda wręcz zachęcała do tego typu odpoczynku, a każdemu z nas był on potrzebny po ostatnich spięciach i kłopotach. 
            Czułam przyjemne ciepło wewnątrz siebie, gdy patrzyłam jak Shane ze zmienionym nastawieniem do świata, ucieka przed Elizabeth, a później ponownie daje jej się pokonać. Chyba powinnam się z nim częściej kłócić, bo dzięki temu jest miły i pogodny, co wychodzi wszystkim na dobre. 
            - Czemu się uśmiechasz? - zapytał Luke, który leżąc na brzuchu, popatrzył się na mnie. 
            - Shane zachowuje się jak prawdziwy brat, a nie jak dupek - mruknęłam. 
            - Masz rację - rzucił Michael i też przekręcił się na brzuch - Dziś na dzień dobry nie obraził koloru moich włosów tylko poczekał, aż się do końca obudzę i zrobił to wtedy. 
Zaśmiałam się cicho. Czerwony kolor włosów Mikey'ego był widoczny z dużej odległości i mi się podobał, ale Shane miał inne zdanie na ten temat. 
            - Nie uważacie, że czas zacząć się pakować? – spytałam, chociaż wiedziałam jaka będzie ich reakcja. 
            - Nie - odpowiedzieli mi natychmiast, kręcąc głowami. 
            - A ja uważam, że już najwyższy czas się za to zabrać - powiedziałam i podniosłam się z koca - Shane idziemy się pakować! 
Brat odwrócił się w moją stronę z Elizabeth na plecach. Posłał mi radosny uśmiech i skinął głową. 
            - Obudzcie Caluma i Ashtona. Niech nie myślą, że ominie ich robota 
            - A już myślałem, że mi się uda - mruknął Cal, siadając ze skrzyżowanymi nogami i patrząc na mnie smutno. 
            - Wy pakujecie swoje ubrania, apteczki, broń i resztę, a ja jedzenie, bo nie potraficie rozróżnić zgniłego jabłka od dobrego. 
Pokiwali głowami i zaczęli dosyć brutalnie budzić Ashtona. Zrobiło mi się przykro, widząc jak chłopaki szykują się do rzucenia na śpiącego przyjaciela. 
Pobiegła do mnie Elizabeth i złapała moją dłoń. Spojrzałam na nią i jej radosny uśmiech. 
            - Co mam robić? - zapytała.
            - Spakuj wszystko, co chcesz, ale nie przesadzaj. Dobrze? 
            - Tak - pokiwała energicznie głową - A co jeżeli czegoś zapomnę? Wrócimy po to? 
            - Nie, skarbie - westchnęłam - Dlatego pomogę ci się spakować. 

XXX

            Patrzyłam jak Eli z wielką determinacją próbuje wepchnąć kolejnego miśka do walizki. 
            - Jess, pomóż mi! - krzyknęła do mnie zrozpaczona. 
            - Kochanie, posłuchaj mnie - kucnęłam przed nią i wzięłam ją za małe rączki - Nie możesz wziąć ich wszystkich. Musimy jeszcze zapakować ci ubrania i inne potrzebne rzeczy. 
            - Ale... - spróbowała mi przerwać, ale jej na to nie pozwoliłam. 
            - Weź na przykład trzy, a w czasie drogi będziemy zachodzić do sklepów z zabawkami i będziesz sobie wybierać, co chcesz. Dobrze? 
Dziewczynka popatrzyła na swoje pluszaki, a następnie na mnie. Jest dzieckiem, więc wiadomo, że jest przywiązana do swoich zabawek i będzie o nie walczyć do końca. 
            - Dobrze - odparła z powagą i łzami w oczach. Przytuliłam siostrę zaskoczona jej decyzją. Zachowała się naprawdę dojrzale jak na swój wiek. 
            Odsunęła się ode mnie i podeszła do szafy z ubraniami. Wyrzuciła z niej wszystko i spojrzała krytycznie na rzeczy, leżące na podłodze. Sięgnęła po parę bluz, długich spodni i bluzek. Elizabeth zaskoczyła mnie znowu. Zamiast wybrać swoje ulubione spódniczki wybrała ubrania, w których najmniej lubiła chodzić. 
            - Mogę zabrać tę sukienkę i spódnicę? – zapytała, biorąc do ręki różową sukienkę księżniczki i jakąś fioletową spódnicę. 
            - Oczywiście - pokiwałam od razu głową, chcąc zrobić przyjemność siostrze - Spakujesz się dalej sama? 
- Tak – mruknęłam, skupiając się na składaniu bluzek. 
            Wycofałam się z pokoju po cichu, nie chcąc przeszkadzać Elizabeth, bo wiem jak łatwo ją rozproszyć. 
            Zeszłam na parter, a później przez drzwi w schodach do piwnicy. Chłód bijący od ścian wywołał na mojej skórze gęsią skórkę, ale dzięki niemu piwnica idealnie nadawała się na przechowywanie produktów, które potrzebowały niższej temperatury. Mogliśmy się cieszyć całkiem świeżymi owocami, warzywami, nabiałem i mięsem tylko i wyłącznie dzięki piwnicy.
            Wzięłam skrzynkę i rozglądając ją jedną ręką, drugą otwierałam szafkę z konserwami. Próbowałam starannie układać opakowanie na opakowaniu, mając nadzieję, że zamieszczę przynajmniej czterdzieści puszek. 
            - Hej, Jess! 
            Podskoczyłam przestraszona, upuszczając przy tym kolejną skrzynkę i dziesięć konserw, które trzymałam w dłoni. Wszystko upadło na podłogę, wyłożoną miękką wykładziną ze stłumionym hukiem. Kucnęłam, patrząc przy tym z wyrzutem na czwórkę chłopaków, którzy jakimś cudem zmieścili się na dwuosobowej, czerwonej kanapie. Wyglądali zabawnie, próbując się jakoś wygodnie ułożyć, a skończyło się to tym, że Calum wylądował na podłodze. Popatrzył na nas wściekłym wzrokiem, gdy wybuchliśmy śmiechem. 
            - Co jest powodem waszej wizyty w tym miejscu? – zapytałam, wkładając puszki do upuszczonej skrzynki. 
            - To prawda, że w wieku ośmiu lat, gdy powiedziałaś żeby Shane zaszł sobie usta, znalazłaś go w łazience, próbującego naprawdę to zrobić? - spojrzałam na Ashtona, który czekał na odpowiedź na swoje pytanie. 
Przez chwilę w bezruchu szukałam w pamięci tego wydarzenia. To było tak dawno, ale z tej perspektywy czasu jest to tak zabawne i głupie, że nie musiałam długo sobie tego przypominać. 
            - Tak - powiedziałam i zachichotałam, a chłopaki razem ze mną. 
            - A czy to prawda, że dalej boisz się potwora spod łóżka? - spytał Michael, na co zamarłam. 
            Shane miał nikomu nie mówi. Jest to jedna z najbardziej wstydliwych rzeczy jakie mogę o sobie powiedzieć. Bałam się potwora jeszcze jak nasi rodzice nie zginęli, a w sierocińcu, gdy starsi chłopcy mnie straszyli to się nasiliło i zostało aż do tej pory. Nie jestem strachliwą osobą, bo w końcu żyję w czasach, gdzie po ulicach chodzą prawdziwe zombie, ale tego nie potrafię z siebie wyrzucić. Ten strach zakorzenił się we mnie i już został.
            - Nie - powiedziałam twardo, ale długa chwila wahania mówiła sama za siebie, że kłamię. 
            - Jasne - rzucił Calum, przeciągając samogłoski - Jak chcesz mogę spać z tobą, wtedy będziesz się mniej bała. 
Nie patrząc na chłopaka, rzuciłam puszką za siebie. Usłyszałam jęk bólu i wiedziałam, że trafiłam. Odwróciłam się i spojrzałam na Luke'a, który trzymał się za policzek. 
            - Cholera - mruknęłam – Luke, nie ty byłeś celem tylko Calum. Przepraszam. 
            - Ej! - krzyknął brunet, gdy dotarło do niego, co powiedziałam. 
Zignorowałam go, podchodząc do małej, przenośnej lodówki i wyciągając z niej puszkę napoju. 
            - Łap - powiedziałam do blondyna i tym razem udało mu się obronić przed lecącym przedmiotem - Przyłóż do policzka to może nie będzie siniaka. 
            - Dlaczego chciałaś zabić mnie konserwą? - zapytał Calum ze smutną miną, która nie robiła na mnie żadnego wrażenia. 
            - Bo jesteś niewyżytym seksualnie idiotą – mruknęłam. zabierając się z powrotem za pakowanie puszek. 
            - To prawda - rzucił Ashton - Ostatnio był tak zdesperowany, że zaczął się do mnie dobierać. 
Zaczęliśmy się śmiać, a twarz Cala wykrzywił grymas zniesmaczenia. 
            - Wcale, że nie! - krzyknął, gdy nie przestawaliśmy się śmiać - Po prostu na ciebie wpadłem! 
Nasz śmiech stał się jeszcze głośniejszy, a brunet próbował nas uspokoić i ciągle tłumaczył, że nie dobierał się do Ashtona. Jego gorączkowa paplanina była zabawna, co powodowało u nas jeszcze większe napady śmiechu. Tłumaczył się jakby był winny. 
            - Jessabell! 
Wszyscy nagle ucichliśmy, słysząc krzyk mojego brata i kroki na schodkach. 
            - Są tam chłopaki? Nigdzie nie mogę ich znaleźć, a zostało nam sporo do spakowania. 
Wszedł do pomieszczenia i popatrzył zdziwiony na naszą grupkę, która trzymała się za brzuchy z bólu i ocierała łzy. 
            - Wy tutaj śmiejecie się w najlepsze, a ja...
            - Calum dobierał się do Ashtona! - krzyknął Michael, przerywając Shane'owi. 
Mój brat zaczął się śmiać, a razem z nim chłopaki. Biedny Cal jedynie skulił się na podłodze, chowając twarz między kolana. 
            - Przestańcie się śmiać z biedaka – powiedziałam, wyciągając do brunet dłonie. 
Chłopak wstał i podszedł do mnie. Schylił się, aby móc położyć głowę na moim ramieniu i objął mnie w pasie. Głaszcząc go po głowie, posyłałam groźne spojrzenia pozostałym. 
            - To nie jego wina, że jest niewyżyty - mruknęłam, na co reszta się zaśmiał, a Calum odsunął się ode mnie gwałtownie, robiąc obrażoną minę. 
            - Myślałem, że jesteś po mojej stronie - jęknął. 
            - Bo jestem - przytuliłam się do niego. 
            - Dobra koniec tego dobre - powiedział Shane i machnął ręką na chłopaków - Bierzemy się za robotę. 
Chłopaki wstali ze spuszczonymi głowami i zaczęli iść w stronę wyjścia. Luke się zatrzymał, spoglądając na puszkę napoju w dłoni. 
- Ja jestem ranny, nie mogę! - krzyknął i pokazał Shane'owi najpierw puszkę, a później swój policzek. 
Brat przetarł twarz dłonią i mruknął coś pod nosem. 
- Przykładaj to przez chwilę, a później wracaj - powiedział i wyszedł, a za nim reszta. 
Luke popatrzył na mnie z szerokim uśmiechem, a ja pokręciłam głową, wiedząc bardzo dobrze, że był to tylko sposób na wykręcenie się od pracy.
            Odwróciłam się od chłopaka i zaczęłam ustawiać konserwy w skrzynce. Czułam na sobie wzrok blondyna, a jego obecność działała mi na nerwy. Nie mogłam skupić się na tym, co robię. 
            - Luke, mógłbyś... - przerwałam, bo gdy tylko odkręciłam się na pięcie, aby spojrzeć na Luke’a moja głowa zetknęła się z jego klatką.
            Nie byłam niska, ale musiałam odchylić się do tyłu, żeby popatrzeć mu w oczy. Był blisko. Nawet za blisko. Jego uśmiech w tym momencie wydawał mi się być jeszcze bardziej zadziorny niż zwykle. Błękitne tęczówki skanowały każdy milimetr mojej twarzy. Luke musnął moje przedramiona, gdy kładł dłonie na blacie po moich bokach. Czułam się osaczona przez niego, co nie było dobrym uczuciem.
            - Chcesz, żebym wyszedł? – zapytał cicho.
            Nie odpowiedziałam tylko dalej wpatrywałam się w jego niebieskie oczy. Miałam wrażenie, że temperatura w pomieszczeniu podskoczyła o kilka stopni. Nie rozumiałam, dlaczego on tak na mnie działa. No dobra. Jest przystojny i to bardzo, ale zachowuje się zbyt pewnie siebie.
            Nie zrobiłam nic, aby się ode mnie odsunął ani wtedy, gdy pochylił się i lekko mnie pocałował. Stado motyli postanowiło się wydostać na zewnątrz, ale moja skóra stanęła im na przeszkodzie. Luke zauważył, że nie stawiam oporu, więc znów złączył nasze usta. Wplotłam dłonie w jego włosy i pozwoliłam, aby pogłębił pocałunek. Zaczął muskać ustami moje policzki, szczękę i szyję, a mój oddech przyśpieszał. Westchnęłam cicho, gdy jego wargi oderwały się od mojej skóry.
            - Mówiłem ci już jak cholernie mi się podobasz? – zapytał, patrząc mi prosto w oczy.
            - Raz – mruknęłam.
            - To mówię to znowu.
            Pocałował mnie delikatnie i odsunął się trochę, aby spojrzeć na moją twarz. Jego oczy błyszczały, a policzki lekko się zaróżowiły.
            - Idę im pomóc. Mam nadzieję, że znajdziesz dla mnie trochę czasu.
            - Może – odpowiedziałam z uśmiechem, który mam nadzieję, że wyglądał chociaż trochę tak zadziornie jak jego.
            Musnął mój policzek i w paru krokach opuścił pomieszczenie. Nagle oprzytomniałam, zdając sobie sprawę z tego, co się stało. Te brutalne motylki w brzuchu tylko utwierdziły mnie, że zauroczyłam się Luke’u.

______________________________________________________________________

Dziwię się, że napisałam coś tak dobrego...
Rozdział zostawiam Wam do oceny, bo mi brak słów.